Myślałeś, że szkolenia z zarządzania sobą w czasie, to nudne wykłady? Nic bardziej mylnego

Są wpadki, od których następstw człowiek nie uwalnia się nigdy. Kilka lat temu Sting zwierzył się w pewnym wywiadzie z zamiłowania do tantrycznego seksu i z zachwytem opowiadał, jak bez końca kocha się ze swoją żoną. W mgnieniu oka angielski rockman stał się obiektem miliona dowcipów. Komentatorzy dziwowali się, jak znajduje czas na pisanie piosenek albo jak to możliwe, że jego żona wciąż jest w stanie chodzić. Kiedy Sting podjął próbę, by zbagatelizować swoje eksperymenty z tantryzmem, było już za późno. W zbiorowej wyobraźni na zawsze zapisał się jako naczelny satyr sceny pop. Nawet dziś didżeje zapowiadają jego piosenki, rzucając drwiące aluzje do nigdy niekończącego się bzykanka. Sting powinien był się tego spodziewać . Jest coś zasadniczo komicznego w zapisywaniu się na kursy mające za cel poprawienie seksualnych wyników, a tantra, mistyczna mieszanka jogi, medytacji i seksu, jest szczególnie wdzięcznym celem pogardliwych uwag. Na myśl
o niej przed oczami zjawiają się obrazki włochatych hipisów baraszkujących na golasa. W jednym z odcinków Seksu w wielkim mieście Carrie i dziewczyny u czestniczą w warsztatach tantrycznych. Po długim i powolnym przygotowaniu instruktor przypadkiem wystrzeliwuje nasieniem we włosy Mirandy, która przez resztę odcinka jak maniaczka wyciera grzywkę chusteczkami higienicznymi.

Sex tantrycznyTantra ma jednak do zaproponowania coś więcej niż tanie żarty. Na całym świecie ludzie oswajają się z bardzo tantrycznym przekonaniem, że wolniejszy seks to lepszy seks. Większości z nas na pewno nie zaszkodziłoby, gdybyśmy trochę więcej czasu spędzali kochając się. W pierwszej chwili to stwierdzenie może zabrzmieć osobliwie. Przecież współczesny świat już jest nasycony seksem. Od filmów i mediów po reklamę i sztukę wszystko wokół nas ma seksual ny podtekst. Człowiek odnosi wrażenie, że nikt nie zajmuje się niczym innym. Tyle że tak nie jest. Nawet jeśli spory kawałek dnia spędzamy oglądając seks oraz rozmawiając, fantazjując , żartując i czytając o nim, to sama czynność zajmuje bardzo niewielką część naszego czasu. Jak wykazały badania przeprowadzone w 1994 roku, przeciętny dorosły Amerykanin kocha się przez mizerne pół godziny w tygodniu. A kiedy wreszcie się za to zabieramy, często jest po wszystkim, zanim cokolwiek zdąży się na dobre zacząć.

Choć na statystyki dotyczące zwyczajów seksualnych zawsze należy patrzeć ze szczyptą sceptycyzmu, to zarówno akademickie ankiety, jak i wiedza potoczna wskazują, że ogromna część stosunków odbywa się na zasadzie „dzień dobry, bara bara, dziękuję”. Słynne były szacunki z raportu Kinseya z lat pięćdziesiątych, oceniające, że 70% amerykańskich mężów osiąga orgazm w przeciągu dwóch minut od rozpoczęcia penetracji. Szybki seks nie jest współczesnym wynalazkiem – istnieje od dawien dawna i prawdopodobnie ma związek z instynktem przetrwania. W czasach prehistorycznych sprawę należało załatwić szybko, bo w każdej chwili groził atak ze strony dzikiego zwierzęcia lub rywala.
Później zachęt do skracania aktu seksualnego dodała kultura. Niektóre religie nauczały, że stosunek służy bardziej prokreacji niż rekreacji, a mąż powinien wgramolić się na żonę, zrobić swoje i złazić.

Wydawałoby się, że dziś sprawy wyglądaj ą inaczej. Współczesnemu światu trafia do gustu przekonanie Woody’ego Allena, że seks to największa radocha, jaką można mieć, nie śmiejąc się na głos. Dlaczego więc ciągle się z tym spieszymy? Jednym z powodów jest to, że biologiczny popęd, żeby parzyć się szybko, wciąż pozostaje zakodowany w ludzkim mózgu, przynajmniej męskim. Część winy spada też na nasz prędki tryb życia. Napięte terminarze nic sprzyjają długiej, powolnej grze miłosnej. Kiedy nadchodzi koniec dnia, jesteśmy zwykle zbyt wykończeni, żeby mieć ochotę na seks. Zmniejszenie liczby godzin spędzanych w pracy to jeden ze sposobów na uzyskanie wolnych zasobów energii i czasu na seks, dlatego też pary częściej kochają się w trakcie wakacji. Przemęczenie i presja czasu nie są jednak jedynymi przyczynami szybkiego seksu.

Nasza pospieszna kultura naucza, że dotarcie do celu znaczy więcej niż sama podróż – seks również ulega wpływowi mentaln ości owładniętej pragnieniem dotarcia do mety. Nawet kobiece magazyny zdają się bardziej zaprzątnięte orgazmem (Jak intensywny? Jak częsty?) niż wywołującą go grą wstępną.

W swojej książce Tantra: The Secret Power of Sex Arvind i Shanta Kale napisali: ,,Jedną z pierwszych ofiar zbytniego pośpiechu zachodniego mężczyzny jest jego życie seksualne. Wydajność mierzy się prędkością , z jaką dana osoba potrafi skutecznie doprowadzić akt do końca, zaś skuteczny akt seksualny to taki, który kończy się orgazmem ( … ). Innymi słowy, im szybszy orgazm, tym bardziej skuteczny stosunek”. Zwieńczeniem zachodniej obsesji na tym punkcie jest pornografia, sprowadzająca seks do widoku opętańczego rżnięcia ukoronowanego tym, co najważniejsze: ujęciem przedstawiającym wytrysk.

Współczesny świat ma niewiele wyrozumiałości dla każdego, kto nie nadąża za tempem seksualnego wyścigu. Wiele kobiet – według niektórych badań 40% – ma problem polegający na nieodczuwaniu seksualnego pociągu ani przyjemności. W zgodzie z duchem kultury „na łapu- capu” branża farmaceutyczna obstaje, że rozwiązaniem są tabletki w rodzaju viagry. Ale niewykluczone, że przepływ krwi w sferach genitalnych to fałszywy trop. Możliwe , że prawdziwym problemem jest prędkość. Kobiety rozgrzewają się wolniej , a osiągnięcie stanu pełne go
podniecenia zajmuje im średnio 20 minut wobec 10 lub mniej w wypadku mężczyzn. Większość kobiet, tak jak Pointer Sisters, woli kochanka o powolnej dłoni. Nie dajmy się jednak zwariować. W sypialni jest miejsce na szybkość. Czasem jedyne, czego człowiek chce lub potrzebuje, to błyskawiczne fiki-miki. Niech żyje szybki numerek. Ale seks bez sprinterskiego biegu ku orgazmowi może dawać o wiele, wiele więcej . Kochanie się powoli bywa głębokim doświadczeniem. Może też zapewnić fantastyczne orgazmy.

Dlatego właśnie filozofia Powolności zaczyna wkraczać do sypialni na całym świecie. Nawet czasopisma dla facetów zaczęły intensywnie namawiać czytelników, by uwodzili swoje partnerki w trakcie niespiesznych schadzek erotycznych przy świecach, muzyce, winie i masażu. W 2002 roku „Weekly Gendai”, czołowy japoński magazyn dla mężczyzn, zapełniał swoje szpalty artykułami o tym, jak kochać się w XXI wieku. Ton był poważny, wręcz nieco dydaktyczny, a to dlatego, że za cel wzięto sobie nauczenie czytelników sztuki zażyłości, 184 zmysłowości i powolności. ,,Wielu japoftskich mężczyzn sądzi, że najlepszy seks to szybki macho-seks w stylu amerykańskim – mówi Kazuo Takahashi, jeden z głównych redaktorów. – Chcieliśmy pokazać , że relacje fizyczne mogą wyglądać inaczej”. Jeden z artykułów z serii opisywał z entuzjazmem tradycję „powolnego seksu” z Polinezji. Autor wyjaśniał, jak polinezyjscy kochankowie spędzają całe wieki na pieszczotach i odkrywaniu swoich ciał. Jeśli chodzi o orgazm, to jakość stawia się wyżej niż ilość.

Seria artykułów o seksie stała się w Japonii przebojem. Nakład „Weekly Gendai” wzrósł o 20%, a redakcję zalały listy od wdzięcznych czytelników. Jeden z nich dziękował czasopismu za to, że dało mu odwagę, by otwarcie porozmawiać z żoną o seksie. Ze zdumieniem dowiedział się, że żywiołowy, gwałtowny seks nie zawsze ją kręci i że wolałaby zabierać się do rzeczy w nieco bardziej polinezyjskim tempie. Postanowili spróbować inaczej – z dobrym skutkiem zarówno dla ich małżeństwa, jak i życia seksualnego.

Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy pasażerowie tokijskiego metra czytali o radości erotycznego spowolnienia, we Włoszech oficjalnie narodził się ruch Slow Sex. Jego założycielem jest Alberto Vitale, internetowy doradca marketingowy, mieszkaj ący w Bra, ojczyźnie Slow Food. Slow Sex to podręcznikowy przykład zapylenia krzyżowego wewnątrz ruchu na rzecz Powolności . Vitale uznał, że zasadę Petriniego-więcej czasu przeznaczonego na jedzenie to większa zmysłowa przyjemność – można by przenieść z kuchni do sypialni. W 2002 roku założył Slow Sex, aby ratować sztukę kochania przed ,,karkołomną szybkością naszego szalonego, wulgarnego świata”. Liczba członków szybko sięgnęła trzech cyfr, przy równym rozkładzie płci , i ciągle rośnie. Po długim dniu spędzonym na wywiadach z aktywistami Slow Food spotykam się z Vitale w ogródku kawiarni w Bra. Jest szczupłym trzydziestolatkiem o inteligentnej twarzy. Gdy tylko kończymy zamawiać napoje, zaczyna wyjaśniać mi, dlaczego jego dni Casanovy dobiegły końca. ,,W naszej konsumenckiej kulturze chodzi o to, aby szybko się z kimś przespać, a potem ruszać na kolejny podbój – mówi. – Posłuchaj, jak rozmawiają mężczyźni. Chodzi tylko o to, ile kobiet, ile razy, w ilu pozycjach. Wyłącznic o liczby. Człowiek idzie do łóżka z listą zadań, które ma odfajkować. Jest zbyt niecierpliwy, zbyt skupiony na sobie, żeby naprawdę cieszyć się seksem”.

Vitale prowadzi krucjatę przeciw kulturze szybkiego numerka. Jeździ po piemonckich klubach towarzyskich, by wygłaszać pogadanki o rozkoszach Powolnego seksu. Zamierza przekształcić swoją stronę internetową w forum służące do dyskusji nad wszelkimi aspektami erotycznego spowolnienia. Zmniejszenie tempa przyniosło cudowne rezultaty w jego własnym życiu seksualnym. Zamiast przelatywać przez swoje ulubione pozycje, Vitale długo prowadzi grę wstępną, szepcząc do ucha partnerki i patrząc jej w oczy. ,,Jeśli spojrzysz dookoła, to zobaczysz, że ludzie coraz bardziej pragną zwolnić – mówi.- Moim zdaniem najlepiej zacząć od własnego łóżka”. Nic tak nie oddaje tęsknoty za wolniejszym seksem jak
eksplozja mody na tantrę. Podczas rewolucji seksualnej w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku kilkoro pionierów eksperymentowało po amatorsku z technikami tantrycznymi. Dziś kolejni nadrabiają zaległości. Każdego dnia 12 tysięcy użytkowników przedziera się przez gąszcz internetowej pornografii, aby dotrzeć na stronę www.tantra.com, a pary w najróżniejszym wieku, niezrażone śmiesznością, jaka okryła Stinga, gromadnie zapisują się na warsztaty seksu tantrycznego.

A zatem czym dokładnie jest tantra? Samo słowo pochodzi z sanskrytu i znaczy „rozciągać, poszerzać lub wplatać”. Stworzona przed pięcioma tysiącami lat w Indiach, a następnie przyjęta przez buddystów w Tybecie i Chinach, tantra jest duchową dyscypliną traktującą ciało jako instrument modlitwy. Tak jak chrześcijańscy mistycy kierowali się ku Bogu, dokonując samobiczowania, tak dla tantryków powolne, świadome złączenie seksualne było ścieżką ku oświeceniu. Inaczej mówiąc, tantryczny seks w swojej najczystszej postaci jest czymś więcej niż tylko zwykłym seksem w zwolnionym tempie.

Chodzi w nim o zastosowanie energii seksualnej dla stworzenia idealnego duchowego związku z partnerem i wszechświatem. Filozofia tantryczna uczy, że energia porusza się po ludzkim ciele przez siedem czakr usytuowanych wzdłuż kręgosłupa, od genitaliów po czubek głowy. Dzięki mieszaninie medytacji, ćwicze11. jogicznych, kontroli oddechu i niespiesznej gry wstępnej, pary uczą się zatrzymywać swoją energię seksualną i sterować jej przepływem. W trakcie stosunku mężczyzna przedłuża erekcję poprzez powolną, miarową penetrację. Mężczyźni uczą się także, jak osiągnąć orgazm bez wytrysku. Z racji nacisku kładzionego na wzajemność, zażyłość i powolność, tantra jest bardzo przyjazna kobietom.

Więcej przeczytasz w książce Carl Honore: Pochwała powolności

Wydanej przez Drzewo Babel